Na takie osoby, jak ty w programie "Pokonaj mnie, jeśli potrafisz", który już 16 kwietnia zobaczymy w TVN, mówi się harpagany. Jestem ciekawa, czy ty się czujesz takim harpaganem?

Czuję się, ale nie do końca. Niesamowite jest to, że ten program z jednej strony buduje wielką siłę, pewność siebie, poczucie, że można bardzo dużo a z drugiej strony odsłania słabą i wrażliwą część mnie. Tak naprawdę wbrew pozorom więcej mam poczucia, że walczę ze swoimi słabościami, troskami, czy swoimi nie najsilniejszymi częściami mnie, niż jestem harpaganem. Ja się o tym dowiaduję na sam koniec, jak już wszystko jest zrobione, gdy kolejne zadanie jest za mną i dochodzi wtedy do mnie, co zrobiłam.

Reklama

Zapewne pojawi się wielu krytyków, którzy stwierdzą, że po co kobieta chce udowodnić, że jest lepsza od mężczyzn. No właśnie, po, co taka walka damsko-męska i do tego na wizji?

Takie było założenie formatowe, że ma to być taka damsko-męska walka, ale nam w polskiej edycji kompletnie się to nie udało. Nasi mężczyźni, a na pewno ci, z którymi ja miałam przyjemność mierzyć się w tym programie, są bardzo opiekuńczy. Mimo, że rywalizowaliśmy w sportowy sposób, to mocno współpracowaliśmy i działaliśmy razem. Ten element rywalizacji kobiety z mężczyzną raczej zamienił się tu w element współpracy.

W każdym odcinku miałaś zapewne moment kryzysu. W którym odcinku pojawiło się to największe zwątpienie? Kiedy stwierdziłaś, że naprawdę nie dasz sobie z danym zadaniem rady?

Były dwa takie mocne kryzysy. Na tyle mocne, że kwestionowałam w ogóle, czy jest sens działać dalej. Pierwszy to odcinek z udziałem Łukasza Orbitowskiego. Lodowe pływanie. Kiedy przez cały styczeń, bo mamy miesiąc, by przygotować się do każdego odcinka, pływaliśmy w wodach otwartych. Na początku wchodziliśmy do wanny z lodem, potem były jeziora, Bałtyk. Wodospad, do którego wchodziliśmy, a właściwie temperatura wynosiła -18 stopni Celsjusza, więc samo rozebranie się na zewnątrz było straszne a wejście już naprawdę czymś ponad nasze siły. Przez cały ten odcinek miałam w głowie taką myśl, że już nie dam rady, że to zdecydowanie za dużo. Zdziwiło mnie to jak mało odporna jest ludzka psychika na zimno, jak ono potrafi wykańczać. Nie wysiłek fizyczny, nie trudy, tylko właśnie to zimno. Po prostu bardzo szybko demobilizuje głowę.

Reklama

Drugi moment wydarzył się całkiem niedawno. Nie ukrywam, że trochę jestem zmęczona zdjęciami do tego programu, one trwają już szósty miesiąc i to jest naprawdę postawione na głowie całe życie mojej rodziny i moje. Zawieźli nas w piękny rejon Polski, do Szczawnicy i tam jest wąwóz, gdzie między jedną skałą a drugą nad przepaścią zaczepiono taśmę, po której mieliśmy chodzić. Jest coś takiego, że nawet jak wiesz, że trzyma cię lina i nie pozwolą ci umrzeć, to o ile zrobienie kroku na wąskiej taśmie jest jeszcze ok, to przejście 37 metrów już niekoniecznie. To się naprawdę dłuży, to nie są 2 sekundy, tylko około 5 minut kroku nad przepaścią. To był taki moment, gdy zadzwoniłam do Radzia i mówię: "Radziu ja już nie dam rady". Zawsze to on jest takim ostatecznym miejscem i celem moich telefonów. Powiedział mi wtedy, że dam radę, a ja mu odpowiedziałam, że nie i nie żartuję, mówię poważnie, że nie dam. Na te słowa on mi odpowiedział: "Ok to nie rób tego, nie musisz". Moment, w którym z jego ust padły te słowa to był moment, gdy pomyślałam sobie: "Dobra zrobię to".

Trwa ładowanie wpisu

Skoro wspomniałaś o Radziu, to nie mogę cię nie zapytać, co on sobie pomyślał, gdy usłyszał, że chcesz wziąć udział w takich "haracach"?

Radzio jest najlepszym mężem, jeśli chcesz się wybierać na takie harce, bo rozumie tę potrzebę sportowego wyzwania. Po drugie rozumie też, że to jest czas żeby to zrobić, więc wiedział, że ta modyfikacja życia rodziny jest konieczna, ale nie będzie trwać wiecznie. Cierpliwie mnie w tym wspiera. On bardzo dużo rozumie też z tych zmian mentalnych, które w mojej głowie zachodziły.

Z Łukaszem Kadziewiczem, z którym próbujecie swoich sił w tym programie skacząc z wysokości, łączy was jeszcze jedno. Obydwoje macie 18-letnie dzieci. On córkę, ty syna. To czas wyboru kierunku studiów, dorosłego życia. Jakie to budzi w tobie emocje?

Jesteśmy na tym etapie, kiedy Staś przygotowuje aplikacje na uczelnie, na które się wybiera od października. Trochę się pozmieniały czasy, bo dziś wybieranie uczelni to jest skala Europy, a nie innego miasta w Polsce. Jedyne, co powiedziałam, to, że nie chciałabym żeby był poza Europą właśnie ze względu na logistykę, większą łatwość przylotu do domu. Te uczelnie jego wymarzone są i we Francji, i w Genewie, więc kilka tych aplikacji składa. Muszę przyznać, że jest to bardzo dziwne uczucie dla mnie. Ja go pamiętam, kiedy on był takim małym Heniem. Widzę go, jako chłopczyka, który chodził ze mną za rękę i on teraz jakby zupełnie nie myśląc o tej mamie, domu, planuje życie poza nim. My go musimy i chcemy w tym wspierać. Ja się martwię bardzo, choć nie jestem typem martwiącym się. Mam wrażenie, że on sobie nie da rady. Jak to bez mamusi?

Po takiej mamie nie da rady?

No właśnie (śmiech). Widzisz, ja jestem taką mamą wyręczającą, niby z jednej strony wymagającą, ale z drugiej mam tendencję do wyręczania. Jak każda kobieta mówię: "Dobra zostaw to, zrobię to szybciej" i robię to za niego. A on jest bardzo samodzielny, bo na tej samodzielności moich synów mi bardzo zależało, ale wydaje mi się, że nikt o niego tak nie zadba, jak mama.

Jednym słowem włącza ci się syndrom opuszczonego gniazda?

Zdecydowanie. Mając świadomość, że Tadzio zrobi za trzy lata, dokładnie to samo co Staś, daje mi takie poczucie tym większego szczęścia, że Henio się pojawił. Ten najmłodszy syn wprowadza tę energię małego dziecka. Niedługo skończy 4 latka, jest typowym przedszkolakiem. My żyjemy z jednej strony problemami dostania się na studia, z drugiej naszą grupą w przedszkolu i tym wszystkim, co tam się dzieje. To jest piękne, że ta różnorodność tego doświadczenia macierzyństwa, daje mi przeżywać jego różne etapy. Cieszę się, że Henio na razie zostaje z nami.

Myślę sobie, że po tych wszystkich wyzwaniach i doznaniach w tym programie, to wyprawa kamperem z rodziną, nie będzie już dla ciebie żadnym problemem.

To już jest pikuś zupełny. Powiem ci więcej, podpisałam już umowę wynajmu kampera na sierpień. Uwielbiamy ten sposób spędzania wakacji. To jest zaskakujące. Nigdy bym się po sobie tego nie spodziewała, ale i dla mnie, i dla moich dzieci, i dla Radzia z jakiegoś powodu stało się to symbolem rodzinnego sposobu spędzania wakacji. Byliśmy w wielu miejscach i super destynacjach, i żadne z tych miejsc nie ma porównania do jakości czasu spędzanego podróżując kamperem. W hotelach jest tak, że chłopcy idą do swojego pokoju albo na basen, czy mają wiele aktywności a w kamperze chcąc nie chcąc jest się razem na tych 5 metrach kwadratowych. Nagle rodzą się tematy do rozmów, zaczynasz poruszać różne ważne kwestie. Nie jesteśmy rodziną, która ma przed sobą sekrety, ale zdarza się, że na te rozmowy nie mamy czasu a kamper generuje to, że ten czas jest. To jest mega piękne. Dlatego w sierpniu ruszamy do Antwerpii, kraje Beneluksu z takim punktem kulminacyjnym w postaci Amsterdamu.

Rok temu walczyłaś o prawa kobiet do in vitro. Sejm zagłosował. Jak oceniasz te parę miesięcy pracy posłów oraz marszałka Sejmu, czyli Szymona Hołownię, który krytykowany jest w kontekście projektów ws. aborcji?

Dla mnie niezwykle ważnym momentem było to, że pierwszą ustawą przyjętą przez nowy Sejm była ustawa przywracająca refundację procedury in vitro. Jest to spełniona obietnica, wyszarpana po ośmiu latach ciężkiej pracy przez naszą społeczność plus dzięki woli Donalda Tuska i ugrupowania KO, której jest przewodniczącym i premierem. Ja wiem jak wiele zdrowia, pieniędzy, emocji kosztuje walka o ukochane dziecko. Jak bardzo jest to potrzebne jednostkowo i dla przyszłości kraju, bo dane demograficzne są takie, jakie są. Ja jestem typem cierpliwego wyborcy i wiem, że się nie da zrealizować wszystkich obietnic wyborczych w pierwszym miesiącu rządzenia, czy stu dniach.

Powiem coś, czego nigdy nie mówiłam publicznie i chciałabym być dobrze zrozumiana. Jako kobieta jestem absolutnie zwolenniczką wyboru i uważam, że tylko kobieta powinna decydować o swoim życiu, ale jako matka dzieci urodzonych dzięki in vitro, kobieta, która stykała się wyłącznie, z takim zwierzęcym wręcz instynktem posiadania dzieci, rozumiem, że aborcja może być uważana za zło. Tylko uważam, że to nie mężczyźni powinni o tym decydować.